niedziela, 25 maja 2014

"Mąż którego nie znałam" - Silvia Day

Ta książka, to prezent od pewnej osoby...za co dziękuję, przeczytana jednym tchem od bardzo, bardzo, bardzo dawna...
"Mąż, którego nie znałam" - to powieść, którą czyta się w jeden wieczór, jeśli ktoś lubi czytać. Łączy romans historyczny z literaturą erotyczną. Jest w niej coś, co pozwala się w nią wtopić. Na pewno zabawna, intrygująca, przepyszna, pełna zmysłowego napięcia, napisana sugestywnym i odważnym językiem historia, którą warto poznać. 
Osobiście nie przepadam za love story, ale ta książka mnie przekonała, z każdym kolejnym delikatnym szelestem kartki, wciągała mnie coraz bardziej.
Opowiada nam losy dwojga małżonków, którzy pobrali się z wyjątkowo nietypowych powodów. Zawarli umowę, że małżeństwem będą na papierze, jednak wieczory będą spędzać w ramionach kochanków. Układ ten przestaje jednak działać, bo parę więcej łączy niż dzieli, począwszy od wybujałego apetytu na seks, ciętego języka, nieprzeciętnej inteligencji po niechlubną reputację. Stanowcze postanowienie, by się w sobie nie zakochać i nie zaprzepaścić tym samym idealnego małżeństwa z rozsądku, pewnego dnia znika bezpowrotnie. 
Książka opisuje przemianę zachodzącą w człowieku, ale również wielką siłę miłości, która moim zdaniem nie ma racji bytu jeśli walczy i chce jej tylko jedna strona. Historia ta jest zaskakująca i przesycona namiętnością, z tych właśnie względów może wydawać się nierealna. Autorka uwidacznia, że seks pozamałżeński nie jest czymś bardzo zaskakującym, a skandale i plotki są częścią naszego bycia i życia. 
Odczucia po przeczytaniu pozytywne...

wtorek, 4 lutego 2014

Z serii polskie i dobre! - "Mój rower", "Dziewczyna z szafy" i "Miłość"

 Z serii naprawdę dobre, polskie kino. Filmy, które opowiadają o trudnych sytuacjach życiowych w jakiej każdy z nas albo był, albo jest, albo będzie.
"Mój rower" opowiada o ... właściwie podtytuł mówi sam za siebie, "Cała prawda o facetach". Najstarszy (Michał Urbaniak), najbardziej doświadczony, wyniszczony, częściowo przegrany, porzucony, skazany na klęskę, bez szans na odkupienie. Średni (Artur Żmijewski) uparty, ze swoimi racjami, nie do końca prawdziwie odczytanymi, bardzo usztywniony, nastawiony na szablonowe ocenianie drugiego człowieka. Najmłodszy (Krzysztof Chodorowski) niedoświadczony, zbuntowany nastolatek, zawieszony pomiędzy światem najstarszego a średniego.
Film daje do myślenia o relacjach: dziecko-rodzic, rodzic-dziecko. Czy zawsze muszą być tak skomplikowane? Czy żal, pretensje i niedomówienia stale towarzyszom uczuciom wyższym związanym, z tak ważną rolą w życiu, jaką jest niewątpliwie rodzicielstwo? Czym to jest spowodowane i dlaczego tak ciężko jest znaleźć "Złoty środek", lekarstwo, które uleczy każdy ból, zarówno rodzica, jak i dziecka. Ten film to opowieść o zawiłych relacjach trzech pokoleń: dziadka, ojca, syna. Pokazuje jak świat dziecka odczytuje słowa dorosłego, i co ten dorosły jest w stanie zrobić jednym słowem w świecie dziecka. Słowa zostawiają ślad już na zawsze, po to, by już nieustannie działać spustoszenie.

"Dziewczyna z szafy" tytuł to oczywiście przenośnia, bo dziewczyna jest zza drzwi, a nie z szafy. Ponadto ma duże problemy z samą sobą, co przejawia się brakiem realnego postrzegania otaczającej ją rzeczywistości. Za tymi drzwiami jest Tomek (bardzo dobra rola Wojciecha Mecwaldowskiego) i Jacek, bracia. Tomek autystyczne ucieleśnienie bardzo uzdolnionego muzyka i malarza, ciągle milczącego osobnika, utrudniającego życie swojemu niewątpliwie bardzo zajętemu pracą i kobietami bratu. Jest jeszcze Pan dzielnicowy, porządny obywatel, który zawsze znajduje się w dobrym miejscu i czasie, po to, by służyć pomocą zbłąkanym duszyczkom. Dzielnicowi już tak, niestety mają. Jest i Pani Kwiatkowska, postać której nikt nie znosi, nawet Ona sama, bo cała jest po prostu nie do zniesienia. Światy tych pięciu postaci mieszają się ze sobą, mimo to, iż każdy z nich ma swój osobny. Każdy z nich postrzega swoją rzeczywistość poprzez pryzmat swojego ja. Mi najbardziej podobają się pokazane w filmie relacje braci, z których na końcu wynika, że ten bardziej zrównoważony i zdrowy na umyśle, potrzebuje do normalnego funkcjonowania, tego niewątpliwie autystycznie chorego. W pewien sposób jest to przygnębiające, bo jest to zależność nie do końca zrozumiała, która obnaża chorobę w sensie niedosłownym oczywiście, ich obydwu. To pewnego rodzaju uzależnienie na końcu staje się wybawieniem dla całej czwórki, dzielnicowy niestety nie załapał się do rozgrywki.

Okazuje się, że prawdziwa miłość, o ile to zjawisko w ogóle występuje w przyrodzie, potrafi znieść wszystko. Mowa tu oczywiście o zdrowym prawdziwym uczuciu, które w filmie zostało przegrupowane, a jego fundamenty postawione na nowo. Pomysł na film zrodził się z gazetowego reportażu, o tzw. "aferze olsztyńskiej". Mimo to, nie jest to zbyt dramatyczne odzwierciedlenie gazetowo-telewizyjnych wzorców, wspomnianą aferę traktuje jedynie jako punkt wyjścia. Trzeba przyznać, że świetna gra aktorów sprawia, że ten film jest dobrze opowiedziany. Młode małżeństwo zostaje wystawione na próbę, gdy w ich życie wkracza ktoś, kto sprawił, że będą musieli na nowo określić, czym jest dla nich tytułowa "miłość". 
Mi podobało się przełamanie każdej postaci i każdej sytuacji, nic nie jest banalne i oczywiste i nic nie idzie zgodnie z wyznaczoną prostą. Poza tym zauważyłam jedno, co jest rzeczywiście bliskie życiu. Mianowicie to, że w każdej parze to kobieta bierze na siebie ciężar odpowiedzialności. Pan prezydent po chwili ulżenia sobie i dziecinnego poddania się zachciance, chowa się dosłownie za żoną, która przebacza i proponuje. Matka Tomka dostrzega i wie. Maria rozumie, czeka, działa. Natomiast faceci: jeden przeholował, drugi mota się jak piskorz, ot cała filozofia życia mężczyzn.

środa, 22 stycznia 2014

"LOVElace"...

Film nie powalił mnie niestety na kolana. Historia jakich wiele, opowiada o Lindzie Lovelace (dobra rola Amandy Seyfried), która zasłynęła jako aktorka w głośnym filmie pornograficznym.
Jakby tak doczytać w internecie okazuje się, że Panna Linda wcale nie była taka święta, jak ją przedstawiono zanim zagrała w "Głębokim gardle". Dużo wcześniej dała o sobie znać w rodzącej się branży różowego koloru, Jej przewodnikiem był oczywiście mąż. Debiutem okazuje się być nieszczęsna "Dogarama", będąca autentycznym porno z udziałem... i teraz niespodzianka "PSA"! Nagrywa potem jeszcze parę filmików ukazujących jej niebywały talent do... robienia dobrze mężczyznom w ten konkretny sposób.
Ze scenariusza wynika, że  film staje się wielkim sukcesem komercyjnym otwierając furtkę do wielkiej sławy, z której zdaje się korzystać sama zainteresowana. A ona sama zostaje przedstawiona, jako ofiara źle ulokowanych uczuć i zbyt konserwatywnego wychowania. Jedynymi winnymi są matka, która nie potrafiła jej pomóc, oraz kompletnie pomylony mąż Traynor. Ani słowa o branży, która napluła na swoją gwiazdę, pozbywając się jej, gdy tylko dostała w łapki pierwszy magnetowid.
Powstaje jeszcze druga część "Gardła", dużo bardziej grzeczniejsza, oraz kilka mniej istotnych w jej filmografii przedsięwzięć. Ciekawe jest to, że zdjęcia do tychże filmów powstają w studiu... Paramount (mało dziś znany fakt), ich budżet rośnie, a apetyt prawdziwych artystów po stronie kamery jest jeszcze większy.
Niestety nieżyjąca już dziś Lovelace niczego nam w tej kwestii nie wyjaśni, choć nawet gdyby żyła, zapewne plątałaby się w zeznaniach. W jej życiorysie jest tyle samo luk co w filmie. W "Lovelace" porno przypomina niewinne kino klasy B, a na sam seks praktycznie nie ma tu miejsca. Wszystkie scenki są poucinane, musimy sobie zatem je dopowiedzieć, lub dograć w wyobraźni, jeśli ktoś ją ma. I tu nasuwa się od razu pytanie: Po co, go w ogóle oglądać?