sobota, 11 lutego 2017

"Maestra" - L.S. HILTON

Na okładce książki widnieje napis: "najbardziej szokujący thriller tego roku, są też inne zdania:
Spektakularne oszustwo w londyńskim domu aukcyjnym
Bosy kochanek biegnący ulicami Paryża
Zuchwała kradzież na jachcie miliardera
Brutalne morderstwo pod mostem w Rzymie
Jednak, jak dla mnie jest to przerost formy nad treścią, na którą czytelnik może się nabrać, ponieważ zdań tych w żaden sposób nie przypisałabym do tej powieści. Przede wszystkim zbyt kontrowersyjna, nawet jak dla mnie, zbyt pruderyjna, zbyt obsceniczna. Czytając odniosłam wrażenie, że  powrzucano do jednego wora pikantne kawałki, które miały spowodować atrakcyjność fabuły, nic bardziej mylnego.
Młoda dziewczyna o imieniu Judith nie znacząca zupełnie nic w świecie, który jest dla niej niespełnionym marzeniem, staje się nagle wyrafinowanym graczem.  Bogactwo i maniery pociągają ją bardziej niż cokolwiek, dlatego za wszelką cenę chce poczuć, że należy do elity nie z wyuczenia, a z urodzenia. Wydaje mi się jednak, że chciała do niego należeć trochę w inny sposób, a jak wyszło?
Gdyby nie wątek ulubionej historii sztuki, która jest tutaj mocno podkreślana i dzieł sztuki, oraz życia w świecie domów aukcyjnych, szczerze - nie przeczytałabym jej do końca, choć rzadko mi się to zdarza.
Zacznijmy, więc od samego początku. Główna bohaterka powieści, to jak wspomniałam wcześniej młode piękne dziewczę, które wykorzystuje swoją urodę prawie na każdym kroku. Młode, ale na tyle bystre, by móc podołać utkać zawiłą fabułę, którą sama pisze. Muszę przyznać, że na początku nie doceniałam jej, jej inteligencji i nie sądziłam też, że będzie zdolna dokonać tych wszystkich okropności, które zrobiła. Niepozorna Judith ma wciąż niespełnione ambicje, mimo wysublimowanego kierunku studiów, jaki ukończyła i obiecującej pracy w świecie sztuki, czegoś jej zdecydowanie brakuje. Ambicje te powodują, że ona chyba sama nie wie, kim już jest. Najwidoczniej jej jednak samej to nie przeszkadza, bo idzie cios za ciosem, bez problemu czyniąc zło w coraz bardziej przemyślny sposób, bez żadnych skrupułów. Przez całą historię mamy kilka informacji, dlaczego?, które mogą wyjaśniać motywy postępowania Judith. Aczkolwiek w żaden sposób nie zostają one potwierdzone. Można zatem uznać, że główny bohater jest coraz bardziej wyrafinowany, ale wciąż jest dla nas wielką niewiadomą, co nie czyni tej powieści bardziej interesującej.
Rzeczywiście jest afera z obrazem, potem morderstwo, jedno, drugie, trzecie itd., jest też miliarder jeden i drugi, policja, tajemniczy śledczy i wiele pikantnych kawałków z życia erotycznego naszej fanfatal, ale to za mało, to się jakoś nie klei po prostu. Dla mnie momentami historia ta, stała się zbyt tandetna i zbyt oczywista, dlatego "NO MORE!" - L.S. HILTON z całym szacunkiem do jej twórczości.

Moja ocena
10/3

niedziela, 11 grudnia 2016

Kino - męskie?, chyba nie tylko...

Dzisiaj o dwóch filmach, które obejrzałam razem z moim Miśkiem, nie dlatego, że są przeznaczone tylko dla mężczyzn i musiałam się przy nich męczyć. Nie! Oba filmy mnie urzekły, mimo iż ich tematyka może podchodzić pod kino typowo męskie. Ja jednak nie podlegam pod tego rodzaju stereotypy, wychodzę z założenia, że wszystko jest dla wszystkich, trzeba tylko wiedzieć, jak z tego korzystać:)
Jeden z tych filmów to "Gran Torino", którego reżyserem i głównym bohaterem jest Clint Eastwood. Historia opowiada o starszym panu, Walcie Kowalskim, któremu zmarła żona, a dzieci z chęcią umieściłyby go w jakimś spokojnym miejscu. Dziadek jednak nie jest wcale skory do tego typu zmian, jedna mu w zupełności wystarcza. Walt to człowiek nie starej daty, ale starej szkoły, szkoły z zasadami. Jako weteran wojny w Korei i zapiekły rasista z krwi i kości o stalowej woli, żyje w świecie, który nieustannie ulega zmianom. Mieszka na osiedlu, gdzie właściwie większość białych już dawno zmieniła miejsce zamieszkania. Teraz to dzielnica imigrantów, którzy niekoniecznie dbają o swój przybytek. Jak przystało na starca jest dość zrzędliwy, cyniczny, ale i prawdomówny, jak to się mówi: "wali bez ogródek", a nie wszystkim to się podoba. Nie oszukujmy się, nie podoba się to nikomu. Z tego pewnie powodu jego kontakt z dziećmi jest bardzo słaby, na tyle słaby, że właściwie nic o nich nie wie, bo nigdy żadnej szczerej rozmowy nie było. Jednakże, mimo to Walt, to bardzo pozytywna postać. Postać, która skłania do zadumy, którą skłonni bylibyśmy naśladować. Zostaje zmuszony przez sąsiadów - imigrantów, którzy wraz ze swoją rodziną wprowadzili się po sąsiedzku, do trudnej konfrontacji z własnymi zadawnionymi uprzedzeniami. A wszystko zaczyna się od klasycznego samochodu Kowalskiego - Gran Torino z 1972 roku. W 1976 roku całkowicie zaprzestano produkcji tego modelu, którym wówczas poruszała się klasa średnia, teraz to rodzynek wśród amerykańskich modeli samochodów, którego wartość na rynku przekracza 90 tyś. dolarów. 
A wracając do Walta, starszy pan pokazuje grupie zbirów z dzielnicowego gangu, co to jest sprawiedliwość i jak trzeba o nią walczyć. Nam może dać to do myślenia, po pierwsze: jeśli czegoś nie zrobisz sam, nikt za ciebie tego nie dokona, a po drugie: w życiu ważne są zasady i ważne, żeby je mieć. 
Ciekawostka: po zakończeniu kręcenia filmu Clint Eastwood zakupił samochód (zdjęcie poniżej), który był jednym z bohaterów w filmie, na własny użytek, gdyż samochód ten pod maską ma kilku litrowy silnik, nie spodziewajcie się, więc dzikich pościgów tym cackiem. W sam raz dla starego Clinta, do niedzielnych przejazdów przez miasto.



Drugi film to "Prawdziwa historia" w roli głównej: Sir Anthony Hopkins, który jak twierdzi w wywiadach, to jego najlepsza rola. Ja się z tym jednak nie mogę zgodzić, gdyż dla mnie odkąd pamiętam to jedyny i niepowtarzalny "Hannibal Lecter". W filmie mowa tym, również o maszynie, ale za to jakiej. Jedynym, niepowtarzalnym, motocyklu INDIAN, wyprodukowanym przez najstarszą, amerykańską markę motocyklową, która powstała w 1901 roku, dwa lata przed najsłynniejszą marką Harleyem Davidsonem.
"Prawdziwa historia" to naprawdę prawdziwa historia o Herbercie Jamsie "Burt" Munro, nowozelandzkim konstruktorze, kierowcy i motocyklowym rekordziście prędkości. To również historia o własnych nigdy nie zrealizowanych marzeniach, o wyrzeczeniach i poświęceniu, a także wytrwałości w dążeniu do celu. 
Kolejny starszy pan, który przez wiele lat w swoim małym warsztaciku zajmuje się modyfikacją motocykla Indian Scout z 1920 roku. Stopniowo modyfikuje silnik z początkowych 600 cm do 950 cm. Wytwarza przy tym własnoręcznie elementy silnika, takie jak tłoki, zawory, modyfikuje też głowicę silnika, przenosząc zawory z boku cylindrów. Motocykl Indian nosił nr 627, Munro był jego właścicielem od nowości, w momencie wypuszczenia z fabryki jego konstrukcja pozwalała na osiągnięcie prędkości maksymalnej do zaledwie 89 km/h.
Po co on to robił?
A no po to, żeby pobić rekord świata w prędkości na słynnej, gładkiej powierzchni wyschniętego jeziora Bonneville w Ameryce Północnej, w jednym z niewielu miejsc na Ziemi, gdzie można zobaczyć krzywiznę horyzontu, gdzie temperatura sięga powyżej 49 stopni Celcjusza. 
Aby się tam dostać Burt musi przebyć długą drogę, pełną niewyobrażalnych zdarzeń. Na szczęście trafia na odpowiednich ludzi, którzy darzą go życzliwością, gdyż starzec ten posiada dużą charyzmę, a także uporczywy charakter, bez którego z pewnością nie zaszedłby tak daleko. Dzięki temu udaje mu się dostać do Stanów, a także wziąć udział we sławetnym wyścigu, w którym to pobija rekord osiągając prędkość 295,44 km/h, a jego motocykl liczy sobie wtedy 47 lat. 
W momencie ustanowienia rekordu Burt miał 68 lat, był już godziwej treści starszym panem, a droga znajdująca finał na linii startu w Bonneville, jest tak naprawdę początkiem całego "planu", dla którego moment czucia prędkości, wiatru we włosach i mimo wszystko bólu, jest esencją życia i ostatnią rzeczą, po której mógłby spokojnie odejść...
Poniżej rzeczywiste zdjęcia Burta Munro i jego Indiana.


Ps. Na coś te chłopy się jednak przydają...:)


Moja ocena
10/10

czwartek, 15 września 2016

"Zanim się pojawiłeś" - bo w życiu nie można wszystkiego kupić...

Mimo, że to typowy melodramat, gatunek filmowy od jakiego stronię, ten film mnie rzeczywiście ujął, wkurzył, rozczulił. 
Urocza dziewczyna + piękny chłopak = niemożliwe szczęśliwe zakończenie. 
Jest to jeden z amerykańskich filmów, gdzie nie ma mowy o happy endzie. Szkoda, bo myślę, że tę parę czekało wiele dobrego mimo, ułomności z jaką przyszło się zmierzyć głównemu bohaterowi. Will "pan świata", zdobywca niemożliwego, pasjonat życia i wszystkich przyjemności, jakich można byłoby pozazdrościć, zostaje nieszczęśliwie potrącony przez motocyklistę. Staje się niepełnosprawnym, tak, iż nie może ruszać żadną częścią ciała. Dla młodego człowieka, który kocha życie jest to niewątpliwie tragedia. Mimo posiadania dużej ilości pieniędzy, które na pewno umożliwiłyby mu rehabilitację i dostatnie życie, postanawia je zakończyć z godnością poddając się eutanazji. Rodzice Willa nie mogą się jednak pogodzić z jego wyborem, podejmują walkę o jego życie. Postanawiają zatrudnić osobę, która umili mu życie, która nawiąże z nim kontakt, może nakłoni do zmiany zdania. Pojawia się ona Lou, nie kto inny, jak nieustraszona "matka smoków" z "Gry o tron". Tutaj jednak zachwyciła mnie całkowicie swoim urokiem osobistym i dziewczęcością, przepięknym uśmiechem i dobrocią serca. Nic dziwnego, że rozkochała w sobie Willa, jednak nie na tyle, by odwieźć go od postanowienia. Początki ich są bardzo trudne, Will wymaga stałej opieki, doglądania, pomocy specjalistycznej, a do tego potrzebna jest wiedza, której Lou brakuje. Dziewczyna nadrabia wszystkie braki swoim niesamowitym wdziękiem i pozytywnym nastawieniem do życia. Will na początku ich znajomości jest bardzo zamknięty, co sprawia, że Lou chce odejść z pracy. Po jakimś jednak czasie para ta znajduje wspólny język. Ujmuje go w niej, pozorna niezaradność, niestandardowy gust, oraz chęć pomocy innym, nawet kosztem swojego szczęścia. Will zaraża dziewczynę pragnieniem poznawania świata, oraz koniecznością rozwoju, co jej umożliwia, ofiarując jej znaczną kwotę pieniędzy, która to trafia na jej konto, wraz z ostatnim listem od Willa, w które wyznaje jej miłość.
Widza na pewno zirytuje fakt, że chłopak się poddał, zrezygnował, nie dał szansy szczęściu. Z drugiej zaś strony trudno się mu dziwić, że zakończył swoje życie. Egoista? Może, ale kto z nas chciałby zmierzyć się z takim kalectwem. Ludzie nie są jeszcze gotowi na takie przypadki, nie są przystosowani do tego, by móc traktować niepełnosprawnych, jak sprawnych, a w życiu nie można wszystkiego kupić, na pewno nie można kupić zdrowia.
Na koniec nie mogę nie wspomnieć o świetnie dobranej muzyce, nie tylko jednym utworze, ale całej masie dobrej muzyki. Poniżej tylko trzy, z naprawdę wielu fajnych kawałków.




Moja ocena
7/10